Wiadomości

stat

Wypowiedzenie za krytykę? Goniec z UCK o warunkach pracy

Cyprian Kraszewski pracę na stanowisku gońca w Uniwersyteckim Centrum Klinicznym rozpoczął 6 lutego br.
Cyprian Kraszewski pracę na stanowisku gońca w Uniwersyteckim Centrum Klinicznym rozpoczął 6 lutego br. fot. Piotr Hukało/trojmiasto.pl

Niejasne warunki zatrudnienia, brak obiecanej umowy o pracę na etacie i przeszkolenia, które umożliwiłoby rzetelne wykonywanie obowiązków - to główne zarzuty, jakie kieruje w stronę firmy DGP Dozorbud Cyprian Kraszewski, oddelegowany do pracy gońca w Uniwersyteckim Centrum Klinicznym. Swoje zarzuty opublikował na jednym z portali internetowych, a dwa tygodnie później został zwolniony z obowiązku świadczenia pracy.



Którą z form zatrudnienia uważasz za najbardziej korzystną?

pracę na etat 76%
pracę na umowę zlecenie 2%
pracę na umowę o dzieło 1%
samozatrudnienie/kontrakt 12%
pracę na czarno 9%
zakończona Łącznie głosów: 759
Cyprian Kraszewski pracę na stanowisku gońca w Uniwersyteckim Centrum Klinicznym rozpoczął 6 lutego br. Otrzymał umowę zlecenie na rok, z trzydniowym okresem wypowiedzenia. Zaoferowana stawka wynosiła 14,70 zł/godz. brutto. Zatrudniony został przez firmę zewnętrzną DGP Dozorbud, która działa na terenie całej Polski i zajmuje się obsługą różnych obiektów. Firma ta obsługuje UCK od około pięciu lat, przejmując m.in. pracowników wcześniej zatrudnianych przez szpital na umowę o pracę.

- Do obowiązków gońca w szpitalu należy m.in. transfer dokumentów, próbek do laboratorium, leków, przewożenie pacjentów na wózkach czy łóżkach - wyjaśnia Cyprian Kraszewski. - Każdego dnia goniec pokonuje kilkanaście kilometrów, a pracuje bez etatu, nie będąc nawet formalnie pracownikiem szpitala, bo zatrudnia go firma zewnętrzna.

Matka i córka uratowały życie przypadkowemu mężczyźnie


Goniec rezerwowy do zadań specjalnych



Początkowo pan Cyprian został oddelegowany do pracy w dyspozytorni.

- Pierwsze dni upłynęły mi bardzo przyjemnie, bo oprócz mnie - gońca, na dyspozytorni siedziała też osoba odpowiedzialna za odbieranie telefonów i organizację pracy. Problem pojawiał się wówczas, kiedy w dyspozytorni zostawałem sam, bo oprócz własnych obowiązków musiałem też pełnić funkcję dyspozytora - opowiada pan Cyprian. - Nie wszystkie oddziały mają swoich gońców, czasem gońcy przypisani do konkretnych oddziałów są zajęci, a trzeba coś pilnie wykonać. Wtedy właśnie dzwoni się do dyspozytora, który przyjmuje zlecenia i przekazuje je odpowiednim osobom.
Funkcję właśnie takiego "awaryjnego gońca" zaczął pełnić Cyprian Kraszewski po oddelegowaniu z dyspozytorni.

- Kierowano mnie na różne oddziały, na których akurat nie było gońców - mówi nasz czytelnik. - Żyłem w ciągłej niepewności, bo nie wiedziałem, co przyniesie kolejny dzień, na jakim oddziale będę pracował, a ma to przecież ogromne znaczenie. Żeby rzetelnie wykonywać obowiązki, trzeba znać specyfikę oddziału, na którym się pracuje, a każdy przecież rządzi się swoimi prawami.

Uniwersyteckie Centrum Kliniczne to największy szpital na Pomorzu. Zobacz, jak prezentuje się z lotu ptaka.

Niepewność zatrudnienia



Pracą gońców kierowały brygadzistki, również zatrudnione przez firmę DGP. Jak zostało wspomniane, pan Cyprian, jako goniec rezerwowy, posyłany był tam, gdzie akurat potrzebowano wsparcia dodatkowej osoby. Kiedy takiego zapotrzebowania nie było, pracownik był odsyłany do domu.

- Zdarzało się, że przychodziłem do pracy tylko po to, by zaraz wrócić do domu, bo brygadzistki uznały, że mają wystarczającą liczbę gońców - relacjonuje Kraszewski. - Jako że moje wynagrodzenie zależało od liczby przepracowanych godzin, każdy dzień bez pracy oznaczał brak pieniędzy. Trzymano mnie też w niepewności w kwestii obiecanej umowy o pracę na etat. Miałem ją dostać 17 marca, ale zamiast tego ponownie zostałem oddelegowany do pracy w dyspozytorni. Miała to być gwarancja, że w końcu zostanie podpisana ze mną umowa, a zwłoka wynika z tego, że kadry muszą ją przygotować. Fakt jest jednak taki, że od 18 marca w zasadzie pracowałem na czarno. I nie byłem jedyny.
Firma DGP grała na zwłokę. Cypriana Kraszewskiego odsyłano od brygadzistek do kadr i z powrotem. Tłumaczono, że nie wiedzą, do którego działu go przypisać. Później pojawiły się wątpliwości, czy będzie to umowa o pracę czy kolejna umowa zlecenie. W tym czasie Kraszewski normalnie przychodził do pracy, choć niejednokrotnie - jeśli nie było zapotrzebowania na jego usługi - odsyłano go do domu. Bez wynagrodzenia.

Chcesz umowę? Zainwestuj w szkolenie



Podczas negocjacji pracodawca postawił warunek, że umowę o pracę z bohaterem artykułu podpisze, jeśli ten - za własne pieniądze - zrobi kurs na sanitariusza. Takie przeszkolenie kosztuje 640 zł, a opłata miała być potrącona z pensji w ratach rozłożonych na 10 miesięcy.

- Jest to niezgodne z prawem pracy, ale mimo to, po krótkim przemyśleniu sprawy, zgodziłem się. W kolejnych dniach dano wszystkim gońcom do zrozumienia, że kurs jest warunkiem niezbędnym, by zostać zatrudnionym na umowę o pracę. Zaproponowano warianty: 1 - za darmo, ale umowa lojalnościowa na cztery lata (potem firma "zeszła" do dwóch), 2 - 640 zł od razu, 3 - 640 zł rozłożone na 10 miesięcy. Taka oferta bardzo gońców nie pocieszyła. Do tego kurs miał odbyć się w kwietniu. Nie odbył się. Nie mamy do dziś o nim jakichkolwiek nowych informacji.
Składając następnie wniosek o zatrudnienie, pan Cyprian poprosił o skierowanie na badania sanitarno-epidemiologiczne, co jest niezbędne w przypadku umowy o pracę. Powiedziano mu wówczas, że nie ma takiej potrzeby, bo zawarta z nim zostanie umowa zlecenie.

- Zapewne dlatego, że te badania wiązałyby się z kosztami dla firmy DGP - mówi Kraszewski. - Brak badań, co oczywiste, naraża zdrowie pacjentów i pracowników szpitala. W kadrach DGP w dodatku dowiedziałem się, że skierowanie mógłbym dostać... po zaliczonym kursie na sanitariusza. Tym samym, o którym ciągle nic nie wiadomo. Podtrzymywana była wciąż aura wiecznej niepewności. I nagle, na początku kwietnia, telefon! Mam podpisać umowę. Przyszedłem do pokoju brygadzistek, gdzie wręczono mi umowę zlecenie. Podpisałem, zgrzytając zębami, przede wszystkim dlatego, by zapłacono mi za wypracowane godziny.

Zobacz wnętrza Centrum Medycyny Nieinwazyjnej, będącego częścią UCK

Wynagrodzenie nieadekwatne do przepracowanych godzin



Kiedy 11 kwietnia Cyprian Kraszewski sprawdził stan konta okazało się, że za marzec dostał niecałe 1400 zł, choć przepracował ponad 160 godzin.

- Po długich wyjaśnieniach brygadzistki wyliczyły mi 137 godzin - opowiada. - Przy okazji wyszło na jaw, że na jednym z oddziałów pracowałem po 12 godzin dziennie, choć miałem wychodzić po 11. Brygadzistka, która już zwolniła się z tej pracy, źle mnie poinformowała. Co z pozostałymi 24 godzinami? Nikt mi ich nie wpisał do grafiku. Wytężyłem pamięć, przypomniałem sobie, kiedy pracowałem na jakim oddziale. Moje prywatne notatki uznano jednak za niemiarodajne. Brygadzistka odpowiedzialna za tamten oddział zmieniła już pracę. Oddziałowe nie prowadzą żadnej dokumentacji pracy gońców, skoro ci są pracownikami firmy zewnętrznej. Jako że ta również nie prowadzi żadnego rejestru, jedynym potwierdzeniem mogłyby być pokwitowania z apteki lub magazynu medycznego.
Ostatecznie wniosek pana Cypriana o wypłatę zaległego wynagrodzenia uznano, jednak pieniądze otrzyma z miesięcznym opóźnieniem.

- W dodatku pieniądze za te 24 godziny będzie "sprawiedliwie" potrącić gońcowi, który na danym oddziale pracuje na stałe, gdyż, jak uznał pracodawca, ten "nie śmiał się przyznać do tego, że miał trzy dni wolnego zawczasu". Kasa ma się zgadzać, firma nie może wydać na pracowników za dużo - mówi Kraszewski. - Za to "przypadkowe błędy" i "niechlujna księgowość" po stronie DGP zdarzają się dość często. Są też przypadki gorsze, jak znana mi historia kierowcy z orzeczeniem o niepełnosprawności, na którym wymuszano nadgodziny, a następne "źle podliczano" realny czas pracy przy wypłacie. Bardzo często kierownictwo firmy korzysta zresztą z niewiedzy niepełnosprawnych odnośnie przysługujących im uprawnień, czyli m.in. z prawa do siedmiogodzinnego dnia pracy/35h tygodnia pracy. Jest to po prostu okradanie tych osób z pięciu godzin pracy w tygodniu, choć już się na nich zyskało - dzięki refundacji PFRON to faktycznie darmowa siła robocza.

"Trupy omyłkowo nazywane pojazdami"



Zdaniem pana Cypriana wiele do życzenia pozostawia również stan pojazdów służących do transportu materiałów na terenie Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego, którymi dysponuje firma DGP.

- Pracownicy mówią o nich "trupy omyłkowo nazwane pojazdami" - mówi Cyprian Kraszewski. - Są one faktycznie zagrożeniem dla osób poruszających się nimi, innych uczestników ruchu, pacjentów i personelu. Praktycznie każdy ma problem z hamulcami: w jednym nie działa ręczny, w innym hamulce są w kiepskim stanie, w trzecim są prawie niesprawne. Tym trzecim musiał jechać jeden z kierowców, chociaż zgłaszał problem brygadzistce i kierownikowi. Polecono mu jechać mimo wszystko, bo innych pojazdów nie było. Poruszał się więc z prędkością maksymalnie 30km/h, żeby nie spowodować wypadku. Dostał reprymendę za to, że... wolno realizuje zlecenia.

Liczył na poprawę warunków - otrzymał wypowiedzenie



O swoich zarzutach wobec firmy DGP Cyprian Kraszewski napisał w dwóch listach, opublikowanych przez portale internetowe. Działał w szczytnym celu - chciał otworzyć oczy społeczeństwa, a także władz Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego, który jest organem nadzorującym Uniwersyteckie Centrum Kliniczne, na trudne warunki pracy szpitalnych gońców.

- Nie kierowała mną frustracja czy chęć zemsty, a chęć zwrócenia uwagi na ważny problem, który dla dobra nie tylko pracowników firmy DGP, ale przede wszystkim pacjentów, należy rozwiązać - zapewnia Kraszewski. - Uważam, że wielkim błędem GUMedu jest powierzenie tak ważnej sfery firmie outsourcingowej, bo nie ma wówczas wpływu na zakres i jakość świadczonych usług. A wszystko odbija się na pacjentach. W tej chwili odpowiedzialność za niedociągnięcia się rozmywa. Mam nadzieję, że moje listy coś zmienią, bo tylko wówczas nagłośnienie tej sprawy ma sens.
Do zarzutów stawianych przez Cypriana Kraszewskiego odniósł się Arkadiusz Lendzion, zastępca dyrektora naczelnego ds. administracyjno-technicznych UCK:

Decyzję o outsourcingu usług w zakresie utrzymania czystości na terenie UCK, usług pomocniczych przy pacjencie oraz transportu wewnątrzszpitalnego podjęliśmy wiele lat temu, podobnie jak w przypadku usług ochrony i żywienia. Obowiązki firmom zewnętrznym zostały powierzone na podstawie umów zawartych w trybie przetargów nieograniczonych, w ramach których firma zobowiązuje się do profesjonalnego wykonywania usług. GUMed jako uczelnia nie jest stroną w sprawie i nie nadzoruje działalności szpitala w tym zakresie. Warunki finansowe pracy gońców ustalane są bezpośrednio z firmą DGP Dozorbud i szpital w tym względzie nie ma wpływu na ich wysokość.

Transport materiałów odbywa się na potrzeby i na terenie UCK, a nie, jak pisze Pan Cyprian, na terenie GUMedu. Wszystkie auta firmy mają aktualne przeglądy techniczne, a usterki, które zdarzają się w każdym aucie, również prywatnym, nie mogą być rzetelną informacją o katastrofalnym stanie samochodów.

Pan Kraszewski zatrudnił się w okresie przejściowym pomiędzy jednym kontraktem a drugim, zawieranym przez firmę DGP i UCK, w którym warunki i wymagania szpitala znacznie się zmieniły. Aktualnie większość pracowników firmy DGP jest zatrudniona na podstawie umowy o pracę. Sytuacja wymagała od wykonawcy czasu i stanowiła dość skomplikowany proces, zwłaszcza kadrowy.

O komentarz prosiliśmy również firmę DGP Dozorbud, ale do chwili publikacji artykułu nie otrzymaliśmy odpowiedzi. Jeśli taką odpowiedź otrzymamy, niezwłocznie ją opublikujemy.

Opinie (91) 31 zablokowanych

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Badania, konsultacje