Wiadomości

stat

Wielki spec od małych serc

Prof. Ireneusz Haponiuk, twórca pierwszego w Polsce północnej oddziału kardiochirurgii dziecięcej
Prof. Ireneusz Haponiuk, twórca pierwszego w Polsce północnej oddziału kardiochirurgii dziecięcej fot. Edyta Steć/Trojmiasto.pl

- Pierwsze 30 operacji wykonałem na baranach, dlatego do tej pory mam do tych zwierząt wielki szacunek. Dzięki temu dziś operujemy pacjentów, którzy ważą np. 400 gramów - mówi prof. Ireneusz Haponiuk, współtwórca oddziału kardiochirurgii dziecięcej, gdzie wykonuje się każdy rodzaj operacji kardiochirurgicznej potrzebnej dzieciom od momentu urodzenia aż do dorastania.



Co jest dla pana największym sukcesem gdańskiej Kardiochirurgii Dziecięcej?

To, że jest, że przetrwała. A tak zupełnie nieskromnie mówiąc to sukcesem jest to, że tu, w Gdańsku, udało się stworzyć oddział, który oferuje pacjentom pełnoprofilową kardiochirurgię dziecięcą na poziomie światowym, gdzie wykonywany jest każdy rodzaj operacji kardiochirurgicznej potrzebnej dzieciom od momentu urodzenia aż do dorastania. Na pewno sukcesem jest to, że pacjenci z Pomorza nie muszą jeździć w poszukiwaniu pomocy po Polsce czy świecie, bo w zdecydowanej większości przypadków jesteśmy w stanie im pomóc.

Zobacz też: Nowa kardiochirurgia dziecięca w Szpitalu na Zaspie

Oddział nosi imię Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Wasza współpraca z fundacją Jurka Owsiaka nadal jest tak zaawansowana, jak na początku?

Nasza współpraca nieco wyhamowała - nie jest już tak intensywna, jak wtedy, kiedy otwieraliśmy oddział. Niemniej nadal nosimy zaszczytne imię Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i to imię jest hołdem dla wszystkich, którzy nam pomogli. Jurek Owsiak jest symbolem pewnego rodzaju ruchu, aktywności ludzi w dobrej sprawie. Oddział gdańskiej Kardiochirurgii Dziecięcej był budowany od zera, a w jego wyposażenie zaangażowało się wiele osób czy podmiotów. Do tej pory jestem w stanie powiedzieć, kto kupił bądź przekazał środki finansowe na zakup jakiej rzeczy.

Kardiochirurgia Dziecięca to nie tylko sprzęt, ale i ludzie. Jak duży jest pana zespół?

Na stałe pracuje ze mną siedmiu lekarzy - mam tu na myśli nie tylko kardiochirurgów, ale i kardiologów i anestezjologów, co powoduje, że zespół jest samowystarczalny. Do tego na stałe pracuje z nami 16 pielęgniarek, trzech techników perfuzji, którzy zajmują się krążeniem pozaustrojowym.

Krążeniem pozaustrojowym, czyli - mówiąc kolokwialnie - podtrzymywaniem funkcji organizmu podczas operacji, kiedy nie pracują płuca i serce?

Dokładnie tak. Podczas operacji wyłączamy serduszko i podłączamy płucoserce, które jest ogromnym aparatem, znacznie większym, niż ten pacjent, któremu służy. Do obsługi tego sprzętu potrzeba specjalnie przeszkolonych ludzi, a jedna z pań, co uważam za swoje wielkie osiągnięcie, została całkowicie przeszkolona w tym zakresie na naszym oddziale.

Zobacz też: Serca z drukarki 3D ratują życie dzieci. Będą kolejne modele

Jest pan w stanie wskazać jedną operację, której powodzenie napawa pana szczególną dumą?

Nie jestem w stanie udzielić odpowiedzi na to pytanie. Każdy pacjent, którego uda nam się wyleczyć, jest dla nas wielkim powodem do dumy.

 - Naszym sprzymierzeńcem jest technologia - bez niej bylibyśmy bezradni - mówi dr Ireneusz Haponiuk. Na zdj. zespół Kardiochirurgii Dziecięcej z prezentem podarowanym przez Fundację Bicie Serca - lampą czołową LED 4000.
- Naszym sprzymierzeńcem jest technologia - bez niej bylibyśmy bezradni - mówi dr Ireneusz Haponiuk. Na zdj. zespół Kardiochirurgii Dziecięcej z prezentem podarowanym przez Fundację Bicie Serca - lampą czołową LED 4000. fot. Gdańska Kardiochirurgia Dziecięca (facebook)
Zapytam w takim razie na czym polegała wyjątkowość przypadku Kuby, który niedawno był operowany na waszym oddziale. Podobno była to jedna z pierwszych, a może nawet i pierwsza tego typu operacja w Polsce i jedna z niewielu w Europie.

To prawda. Każdy pacjent jest dla nas tak samo ważny, ale co jakiś czas trafiają się przypadki specjalne, którym w miarę tego, co potrafimy, musimy stawić czoła. Przywołana przez panią historia Kuby jest faktycznie bardzo ciekawa. To dziecko, które dzięki diagnostyce prenatalnej, a więc jeszcze w łonie matki, miało rozpoznaną wadę o morfologii, która szła w kierunku hipoplazji lewej komory serca. Jest to jedna z najtrudniejszych do wyleczenia, najcięższych rokowniczo, stawiająca największe wyzwania przed wszystkimi - lekarzami i rodzicami, wada wrodzona serca, gdzie w zasadzie tej lewej połowy serca w ogóle nie ma. Po rozpoznaniu wady w 16 tyg. życia płodowego i potwierdzeniu w kolejnych tygodniach podjęliśmy decyzję o konieczności wykonania zabiegu, którego w Polsce wówczas się nie wykonywało. Uruchomiliśmy więc nasze częściowo zawodowe, częściowo prywatne kontakty i powierzyliśmy wykonanie tej operacji kolegom z austriackiego Linz. Po operacji mama (wówczas jeszcze z dzieckiem w brzuchu) wróciła z Austrii i pozostawała pod naszą opieką aż do porodu. W pierwszej dobie po narodzeniu chłopiec przeszedł pierwszy zabieg interwencyjny, później kolejny, dzięki czemu udało się poszerzyć pierwotnie uszkodzoną zastawkę oraz drogę wpływu hipoplastycznej lewej komory. Niestety, lewa komora rozwijała się jednak gorzej i kiedy chłopiec miał siedem lat podjęliśmy decyzję o wykonaniu kolejnej operacji. Była to bardzo rozległa operacja, rzekłbym, że karkołomna, jak na tak małe dziecko, ale z zadziwiająco dobrym skutkiem i oby tak dalej.

Kim są pacjenci gdańskiej Kardiochirurgii Dziecięcej?

Na naszym oddziale leczymy dzieci od pierwszego dnia do 18 roku życia. Przynajmniej takie są ramy, jakie definiuje kontrakt. Niemniej jesteśmy gotowi leczyć i starszych pacjentów, gdyby i taka potrzeba zaistniała.

Mój najmniejszy pacjent ważył 400 gramów. Przyjmuje się, że serce ma wielkość piąstki takiego noworodka. Aby móc operować tak małe serca potrzebna jest nie tylko niebywała precyzja, ale też odpowiedni sprzęt. Stosujemy bardzo cienkie szwy, używamy maleńkich igieł, miniaturyzowanych narzędzi. Co więcej, wszystkie zabiegi wykonujemy w powiększeniu - stosujemy specjalne oświetlenie czy lupy operacyjne. Naszym sprzymierzeńcem jest więc zaawansowana technologia - bez niej bylibyśmy bezradni.

Słyszałam, że marzy się panu zoperowanie dorosłego serca.

Przyznaję, że takie myśli mi po głowie chodzą. Tym bardziej, że swoją przygodę z medycyną zaczynałem od dorosłej kardiochirurgii.

Skoro już wspomniał pan o swojej przeszłości, to zatrzymajmy się przy niej na chwilę. Rozpoczynając studia na uczelni medycznej brał pan w ogóle pod uwagę taką specjalność jak kardiochirurgia?

Nie, w ogóle. Kardiochirurgia to przypadek wiążący się z moją osobistą historią. Kiedy byłem na studiach ciężko zachorował na serce mój ojciec i wtedy jedynym ratunkiem dla niego byłby przeszczep serca, którego nie dożył. Wtedy, kiedy jeździłem z ojcem do Zabrza na konsultację, poznałem profesora Zbigniewa Religę. Początkowo pozostawaliśmy w relacjach pacjent - lekarz, ale po jakimś czasie zaproponował mi odbycie stażu czy praktyki studenckiej. Od tego się zaczęło.

Dla niejednego studenta medycyny staż w tak prężnie rozwijającym się ośrodku byłby spełnieniem marzeń.

Była to propozycja z rodzaju tych, których się nie odrzuca. Tym bardziej, że wyszła od samego prof. Religi. Wiedziałem, że albo ją przyjmę, albo innej nie dostanę. Był to moment, kiedy program przeszczepów serca w szpitalu w Zabrzu nabrał rozmachu, kiedy ośrodek wypracował już sobie renomę, którą ma do dziś.

W 2016 roku oddział Kardiochirurgii Dziecięcej im. Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy przeniesiony został ze Szpitala im. Mikołaja Kopernika na szóste piętro Szpitala Św. Wojciecha na Zaspie. To jedyny w Polsce Północnej oddział kardiochirurgiczny, w którym leczy się dzieci z wadami wrodzonymi serca.
W 2016 roku oddział Kardiochirurgii Dziecięcej im. Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy przeniesiony został ze Szpitala im. Mikołaja Kopernika na szóste piętro Szpitala Św. Wojciecha na Zaspie. To jedyny w Polsce Północnej oddział kardiochirurgiczny, w którym leczy się dzieci z wadami wrodzonymi serca. fot. Edyta Steć/Trojmiasto.pl
Kardiochirurgiem dziecięcym też został pan przez "przypadek".

Tak jest. Pewnego dnia, w sposób zupełnie dla mnie niespodziewany, wezwał mnie do swojego gabinetu szef, który w krótkich, żołnierskich słowach polecił mi zająć się kardiochirurgią dziecięcą. Wiedząc, co to oznacza, zadałem naiwnie brzmiące pytanie "od kiedy". Odpowiedział, że natychmiast. Próbując się niejako przed tym bronić zaproponowałem, że może będę zajmował się i jedną i drugą - dorosłą i dziecięcą kardiochirurgią. Profesor Religa odpowiedział "proszę bardzo, ale gwarantuję ci, że to się nie uda". I rzeczywiście miał rację.

Z czego wynikał ten pana opór przed kardiochirurgią dziecięcą? W kardiochirurgii dorosłych węszył pan większą frajdę, bo pod kierunkiem prof. Religi dynamicznie się rozwijała i dostarczała nie mniejszych wrażeń niż ekspedycje Indiany Jonesa?

Trudno powiedzieć, z czego to wynikało. Przeszczepy miałem okazję już wtedy wykonywać, więc tej adrenaliny zasmakowałem. Myślę, że moje obawy budził fakt, że kardiochirurgia dziecięca to są specyficzne wyzwania, problemy i towarzyszy temu cała otoczka, której nie ma w przypadku leczenia pacjentów dorosłych. Tutaj mamy do czynienia z małym pacjentem, który de facto nie decyduje za siebie. Jeśli ponosi ryzyko, to w sposób od niego niezależny i nieświadomy. To, oprócz emocji samego pacjenta, również emocje rodziców i rodziny. To wreszcie potrzeba odsunięcia takich ludzkich, rodzicielskich emocji, bo przecież patrząc na pacjentów widzę swoje dzieci.

Empatia przeszkadza?

Jest taki pułap emocji, kiedy trzeba zrezygnować z uczuć wyższych i skupić się na chłodnym, profesjonalnym podejściu, bo tylko to jest w stanie uratować pacjenta.

Medycyna ciągle się rozwija, dostarczając szereg co rusz to nowych, innowacyjnych metod. Niemniej serduszko dziecka jest tak delikatne, że jeden błąd wystarczy, aby przestało bić. Pan czuje się bardziej pionierem czy saperem, który myli się tylko raz?

W każdym z nas drzemie potrzeba poszukiwania czegoś nowego i faktem jest, że w kardiochirurgii jest wiele saperskiego ryzyka. Niemniej nie czuję się ani jednym, ani drugim.

Ryzyko każdego dnia ponosi pan jednak ogromne.

Oj tak. Jestem fanem lotnictwa i myślę, że gdybym nie był lekarzem, to zapewne związałbym swoją zawodową przyszłość z lataniem. Myślę, że tak, jak kardiochirurdzy zazdroszczą pilotom tych ogromnych emocji, działa to i w drugą stronę. Ryzyko, jakie podejmujemy każdego dnia i ogromna adrenalina, jaka towarzyszy naszej pracy, budzą podziw wśród pilotów.

To jest wyłącznie zdrowa adrenalina, która napędza i motywuje do podejmowania jeszcze większych wyzwań, czy taka, która potrafi napędzić strachu? Boi się pan czasem?

Strach jest ludzki. Trzeba jednak ten strach niejako odsunąć, potraktować go jako jedno z wielu uczuć, żeby móc się skupić na pracy i kolejnych wyzwaniach, z jakimi musimy się mierzyć każdego dnia.

Oddział Kardiochirurgii Dziecięcej w Szpitalu im. św. Wojciecha na Zaspie wyposażony został w dużej mierze dzięki środkom zebranym przez Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, której imię nosi do tej pory.
Oddział Kardiochirurgii Dziecięcej w Szpitalu im. św. Wojciecha na Zaspie wyposażony został w dużej mierze dzięki środkom zebranym przez Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, której imię nosi do tej pory. fot. Maciej Czarniak/Trojmiasto.pl
Medycyna jest dziedziną dynamiczną. Zakładam zatem, że pewne procedury czy medyczne nowości, zanim zastosuje się je na pacjencie, warto wcześniej przećwiczyć. Chirurdzy ćwiczą zakładanie szwów na świńskich raciczkach czy tuszkach z kurczaków. Z jakich "pomocy naukowych" korzystają kardiochirurdzy?

Zaczynając pracę w Zabrzu zostałem przez prof. Religę skierowany do pracy w zespole eksperymentalnym, którego zadaniem było testowanie i wprowadzenia biologicznych zastawek skonstruowanych przez szefa. Takim bardzo dobrym materiałem do badań okazały się serca baranie, dlatego, że barany mają przesterowany w sposób niespotykany u człowieka metabolizm wapnia. Problemem zastawek biologicznych wszczepianych u ludzi były bowiem procesy degeneracyjne prowadzące często do zwapnień. Tak więc pierwsze 30 operacji wykonałem na baranach i do tej pory mam do tych zwierząt wielki szacunek i pewnie, gdybym miał się jeszcze raz urodzić, to byłbym albo psem, albo baranem.

Lekarze po ukończeniu studiów nie spoczywają na laurach (przynajmniej nie powinni). Aby zyskać biegłość diagnostyczną rodem z Dra House'a, trzeba nieustannie poszerzać swoją wiedzę.

To prawda, trzeba być na bieżąco. Mam swoje ulubione książki, ulubionych autorów i jeśli staję przed nowym wyzwaniem, a one co jakiś czas się pojawiają, to staram się odnieść zarówno do tych nowości, jak i do własnego rozsądku i doświadczenia, bo czasem te nowości mogą prowadzić w złą stronę, okazać się fałszywymi proroctwami. Jestem zawsze bardzo ostrożny. Niektórzy mówią, że zbyt ostrożny. Jeśli jednak sytuacja tego wymaga, nie boję się podjąć ryzyka.

A zdarza się panu poprosić kolegów po fachu o radę? O podzielenie się wiedzą np. na temat metody, którą oni stosują, a pan jeszcze nie miał okazji?

Jak najbardziej, niejednokrotnie.

To musi wymagać pokory.

Pokora i to wielka jest w naszym zawodzie niezbędna. Uczymy się od siebie na wzajem, od ludzi, którzy w danym momencie są od nas z jakiegoś powodu lepsi w konkretnej dziedzinie. Moim zdaniem geniuszy nie ma, albo jest ich bardzo mało. Zdecydowana większość to niestety, jak to pani wcześniej określiła, pionierzy bądź saperzy. Dlatego warto zachować pokorę wobec pacjenta, swoich słabości i niedoskonałości i warto cały czas się uczyć.

Jakie jest pana największe marzenie związane z oddziałem Kardiochirurgii Dziecięcej?

Żeby dzieci nie chorowały, a jeśli już zachorują, niech to będą takie schorzenia, z którymi będziemy w stanie sobie poradzić w pełnym zakresie.

Opinie (78) 1 zablokowana

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Badania, konsultacje