Wiadomości

stat

Porody rodzinne coraz popularniejsze, ale... "nie wszyscy panowie wytrzymują"

Porody rodzinne stały się regułą. Również na trójmiejskich porodówkach.
Porody rodzinne stały się regułą. Również na trójmiejskich porodówkach. Fot. Fotolia/nataliaderiabina

Z roku na rok na porodówkach robi się coraz tłoczniej, a widok osoby towarzyszącej przy rodzącej kobiecie nikogo już nie dziwi. Najczęściej wsparcia udziela przyszły tata. I choć eksperci ostrzegają, że udział nieprzygotowanego mężczyzny w narodzinach dziecka może niekorzystnie wpłynąć na intymne relacje rodziców to moda na rodzinne porody się nie kończy. Również w Trójmieście stało się to regułą.



Czy zdecydował(a)byś się na poród rodzinny?

tak, wspólne przeżywanie tego momentu jest dla mnie ważne

60%

nie, uważam, że obecność partnera na sali porodowej jest zbędna

21%

być może, ale tylko za obopólną zgodą i przy dobrym przygotowaniu

19%
  • zakończona

  • łącznie głosów: 706
Ubiegły rok na trójmiejskich porodówkach lekarze uznali za udany. Szczególne poruszenie panowało na oddziale położniczo-ginekologicznym Szpitala im. Świętego Wojciecha w Gdańsku, gdzie urodziło się aż 3480 dzieci. W szpitalu im. Mikołaja Kopernika doliczono się ponad 1976 noworodków, a na porodówce na ul. Klinicznej odebrano ponad 2600 porodów. Wzrostem i większą liczbą maluchów w 2016 roku mógł się też pochwalić Szpital Morski im. PCK w Gdyni, gdzie na świat przyszło ponad 2800 noworodków. I co ciekawe, w większości przypadków kobiety decydowały się na poród rodzinny.

- Dzisiaj tak właściwie zdecydowana większość porodów, jakie się u nas odbywają ma charakter porodów rodzinnych. Ze statystyk za ubiegły rok wynika, że na taki rodzaj porodu decydowało się 70 proc. kobiet. Ten trend widoczny jest już od kilku dobrych lat - mówi dr Andrzej Płoszyński, kierownik oddziału ginekologiczno-położniczego w Szpitalu Morskim im. PCK w Gdyni.
Podobnie jest w szpitalu Św. Wojciecha na gdańskiej Zaspie, gdzie w ubiegłym roku na świat przyszła rekordowa liczba dzieci.

- Tak właściwie bez zaglądania w statystyki mogę stwierdzić, że prawie 100 proc. porodów, jakie odbieramy na oddziale, to porody rodzinne. Dziennie w asyście dodatkowej osoby na sali porodowej rodzi się u nas dziesięcioro dzieci. Najczęściej kobietom w ciąży towarzyszą przyszli ojcowie - opowiada Jerzy Zabul, ordynator oddziału ginekologiczno-położniczego.
Podobną tendencję widać też m.in. w Szpitalu im. Mikołaja Kopernika w Gdańsku, gdzie w ubiegłym roku odbyło się aż 1298 porodów rodzinnych.

Porody rodzinne stają się regułą

Moda na porody rodzinne pojawiła się już kilka lat temu. Razem ze zmianą standardów na porodówkach i lepszą opieką okołoporodową rodzące kobiety zyskały możliwość wprowadzenia osób towarzyszących na salę porodową. Teraz era przyszłych ojców nerwowo przechadzających się po szpitalnym korytarzu bezpowrotnie minęła.

- Pamiętam, że kiedy zaczynałem swoją pracę, to było nie do pomyślenia. Porodówki były zamknięte i nikt, oprócz personelu medycznego, nie miał prawa przekraczać progu oddziału - wspomina kierownik oddziału ginekologicznego-położniczego ze szpitala Św. Wojciecha.
Nie idą na ochotnika?

Wizyta na sali porodowej dla osoby towarzyszącej to często wielkie przeżycie, ale i duża odpowiedzialność. Jak opowiada położna Anna Bulczak ze szkoły rodzenia "Zaufaj Położnej", mimo tego, że partnerzy coraz częściej uczestniczą w przyjściu dziecka na świat, większość przyszłych ojców nie idzie na porodówkę na ochotnika.

- Zdarzają się przypadki, że przyszły tata od samego początku zakłada swoją obecność na sali porodowej, ale większość partnerów idzie na porodówkę raczej z poczucia obowiązku - mówi.
Nieco inaczej sprawę widzi Dagmara Cheda ze Szkoły Rodzenia Brzuchatkowo.

- Na przestrzeni ostatnich lat zaszły olbrzymie zmiany w sposobie postrzegania rodzicielstwa. Mężczyźni od samego początku angażują się w ten proces, chodzą m.in. do szkoły rodzenia i aktywnie uczestniczą w procesie przygotowania do porodu. Dawniej było tak, że to kobieta rodziła, teraz podczas zajęć słyszę coraz częściej, jak pary mówią: "my rodzimy". To duża i zauważalna różnica w podejściu - podkreśla.
Po co mężczyzna na porodówce?

Jak zauważają położne, rola osób towarzyszących kobiecie podczas porodu bywa nie do przecenienia.

- Zdarza się tak, że kobieta w chwili wielkiego bólu oraz stresu zapomina np. o prawidłowym oddychaniu. Wówczas partnerzy służą pomocą i mobilizują rodzącą. Podobnie jest w przypadku, kiedy kobieta chce się napić lub kiedy trzeba podać wilgotny ręcznik. Panowie wykonują w trakcie porodu mnóstwo drobnych, ale ważnych zadań - uważa Cheda.
Coraz większy udział partnerów w porodach nie oznacza jednak, że pary nie mają obaw związanych z konsekwencjami takiej decyzji. Pojawia się m.in. pytanie o to, czy obecność partnera na sali porodowej nie wpłynie negatywnie na ich intymne relacje. Niektórzy eksperci uważają wręcz, że nieprzygotowany mężczyzna nie powinien brać udziału w porodzie.

- Decyzja o uczestnictwie w porodzie musi być wcześniej przedyskutowana i dobrze przemyślana przez parę. Ważna jest szczerość, wzajemne zaufanie, zrozumienie i poszanowanie własnych granic. Przypadki, kiedy rodzinny poród staje się traumą są marginalne. Osobiście zetknęłam się z jednym takim przypadkiem, kiedy obecność partnera na sali miała negatywne konsekwencje w sferze intymnej. W większości przypadków, kiedy decyzja o wspólnym porodzie jest podjęta przez partnerów świadomie, wydarzenie wnosi nową jakość do związku i sprzyja budowaniu rodzinnych więzi - mówi Magdalena Małkiewicz, psycholog.
Większe obawy mają kobiety

Tego samego zdania jest Daniel Cysarz, seksuolog, do którego co jakiś czas zgłaszają się pary zastanawiające się nad rodzinnym porodem. Z obserwacji specjalisty wynika, że wbrew obiegowej opinii, to kobiety często miewają więcej obaw przed konsekwencjami wspólnej wizyty na porodówce.

- To kobiety odczuwały niepokój związany z tym, że kiedy partner będzie świadkiem narodzin dziecka, to w konsekwencji przestaną być dla niego atrakcyjne. Mężczyźni tych obaw natomiast nie podzielali - relacjonuje seksuolog. - W większości przypadków, które znam, wspólny poród był jednak budującym doświadczeniem dla par - dodaje.
- To może być jakiś uraz, jeśli mężczyzna spojrzy nie tam, gdzie trzeba, ale zwykle panowie stoją tak, że nie mają dostępu do miejsc intymnych i wówczas to nie rzutuje w żaden sposób na relacje - dodaje dr Płoszyński.
Na trójmiejskich porodówkach do rzadkości nie należą też sytuacje, w których partnerzy z nadmiaru emocji sami opuszczają salę.

- To się zdarza. Mężczyzna wychodzi i mówi, że "nie da rady", "nie wytrzyma". Zważywszy na wyjątkowe okoliczności, podobne zachowanie jest zrozumiałe - mówi kierownik oddziału ginekologiczno-położniczego w redłowskim szpitalu.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (74)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

Badania, konsultacje